Oficjalna strona Harcerskiej Szkoły Ratownictwa ZHP

Relacje kursantów – udzieliłem pierwszej pomocy

/
0
UDOSTĘPNIJ
Start Dla harcerza Relacje kursantów – udzieliłem pierwszej pomocy
Sąsiedzka pomocWypadek na imprezieMój pierwszy sprawdzianGdyby zapiął pasy...Zgrany zespółZderzenie na LazurowejPotrącony rowerzystaWypadek w pobliżu WilgiKoncert Tokyo Hotel w WarszawieNa czerwonym świetlePrzy grze w piłkęNasza Biała SłużbaW tłumie studentówRatowanie w tramwajuNa wyprawie rowerowejNa przystanku tramwajowymZwykły zimowy wieczórResuscytacja w autobusiePierwszy egzamin z reakcjiO tym, że warto umieć udzielać pierwszej pomocyNa przystanku tramwajowymW sylwestrową nocNagły atak drgawekW sklepie przy kasie

Sąsiedzka pomoc

Czuwaj!!
Na początku chcę pozdrowić wszystkich instruktorów HSR i ratowników ZHP. Kurs na ratownika ZHP (dawny BORM) dał mi wiele nowych umiejętności, które mogę teraz wykorzystywać w życiu codziennym. Czy to jako cywil, czy jako ratownik na wodzie. Mimo, że czasem różni się „słownie” pierwsza pomoc. Jeden instruktor mówi tak, drugi tak. Ale w głowie zawsze coś zostaje. Wydawało by się, że taki zwykły kurs nic nikomu nie da. Lecz tutaj ludzie się mylą. Ten kurs w wielu przypadkach mi pomógł. Opiszę tylko kilka sytuacji w których wykorzystałem nabytą na kursie wiedzę.
Mieszkam w starym bloku. Schody są bardzo strome i drewniane. Ja mieszkam na parterze, piętro wyżej starszy pan, który chodzi o lasce. Kiedy tak siedziałem przed komputerem usłyszałem głośny huk dochodzący z klatki schodowej. Wpierw pomyślałem, że komuś coś spadło. Było wtedy około 22.00. Zazwyczaj o tej porze nikt już nie schodził z klatki. Poczekałem 5minut i usłyszałem, jak ktoś krzyczy. No ale pomyślałem, że jakiś pijaczek (u mnie na podwórku pełno takich). No ale coś mnie tknęło, aby sprawdzić co się stało. Otworzyłem okno – nic nie widzę. Ale słyszę jęk. Otworzyłem drzwi i rozglądam się po klatce. No, nic nie ma. Myślę sobie: „Pewnie kto się wygłupia”. Wróciłem do komputera. I znów słyszę. No to wyszedłem na dwór. Patrzę – a tam sąsiad (starszy pan o lasce) leży na ziemi i mówi do mnie, żebym pomógł mu wstać. Podchodzę do Niego i pytam się “boli coś Pana”. Ona odpowiada “Nie”. Ja upewniłem się jeszcze raz czy oby na pewno nic Go nie boli. Odpowiedział tak samo: “Nie nic mnie nie boli, tylko pomóż mi wstać”. No to chwyciłem Go za pachy powoli podniosłem. I raptownie krzyczy: “Boli, boli”. “Co Pana boli?”. “Noga”. Położyłem Go, przebadałem i stwierdziłem, że coś ma z prawą nogą. Pomyślałem, że ma złamaną szyjkę kości udowej. Kiedyś coś wspominali o tym na kursie. Między nogi włożyłem swoją bluzę i pod prawą nogę też, aby ograniczyć ruchy tą nogą. Zapytałem się czy zażywa jakieś leki i tak dalej. Zadzwoniłem na pogotowie. Opisałem całą sytuację. Powiedziałem również, że “podejrzewam złamanie szyjki kości udowej – ale nie jestem ratownikiem medycznym, lecz ratownikiem ZHP”. Dyspozytorka podziękowała i rozłączyła się. Zgłoszenie trwało jakąś 1 min. Zawołałem brata. Gdy przyszedł, poprosiłem go by zaczekał z sąsiadem. Poszedłem do domu po apteczkę. Wróciłem i okryłem mężczyznę kocem termicznym. Było to w okresie zimowym. Poprosiłem brata, aby przyniósł z domu koc, który podłożyliśmy pod głowę. Brata poprosiłem aby wypatrywał karetki. Sąsiad bardzo trząsł się z zimna. Karetka przyjechała. Ratownik i lekarz patrzą się na mnie dziwnie. Myślę sobie: „O co chodzi, coś źle zrobiłem?”. Ratownik podszedł do poszkodowanego. Lekarz spytał mnie: “A Pan to ratownik medyczny?”. Ja na to “Nie – jestem ratownikiem ZHP”. Zdziwił się. Przełożyli Go na deskę i włożyli do karetki. Lekarz spytał:
– To pan mówił, że podejrzewa złamanie szyjki kości udowej?
– Tak, ale nie jestem pewien bo nie jestem lekarzem. Nie wystawiam diagnozy.
– Też tak myślę, że ma złamaną szyjkę kości udowej.
No i po tygodniu odbieram telefon.
– Cześć.
– Słucham?
– Z tej strony sąsiad.
– A witam Pana, jak Pan się czuje.
– A dobrze tylko zostałem przykuty do łóżka.
– Czemu?
– Okazało się, że mam złamaną szyjkę kości udowej i że raczej nie będę mógł już chodzić. Dziękuję.
– Za co?
– Za pomoc. Gdyby nie Ty mógłbym zamarznąć.
No i się rozłączył. Kilka godzin później poszedłem odwiedzić sąsiada w szpitalu. W trakcie rozmowy przyszedł ten lekarz, który Go zabierał do karetki.
– To pan pomógł temu Panu?
– Tak.

– Dobrze pan zrobił, gdyby nie Pan ten mężczyzna mógłby zamarznąć.

Lolek

 

Wypadek na imprezie

Drugi przypadek jaki utkwił mi w głowie, też zdarzył się u mnie w bloku, tylko dwa piętra wyżej. Była impreza u sąsiada. Popili sobie. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Gdy otworzyłem zobaczyłem sąsiada. Krzyczał do mnie prosząc, bym poszedł za nim. Gdy to zrobiłem, zobaczyłem kobietę leżącą pod schodami, zwiniętą w kłębek. Patrząc na schody spostrzegłem dużo krwi. Pomyślałem już o najgorszym. Zapytałem poszkodowaną, czy mnie słyszy. Nie było żadnej reakcji. Sprawdziłem, czy oddycha. Kamień spadł mi z serca – oddychała. Szturchnąłem ją lekko i zapytałem czy Pani mnie słyszy. Znów brak reakcji. Więc powtórzyłem czynność. Ocknęła się. Jej twarz była cała we krwi. Poprosiłem sąsiada, by został na miejscu i pilnował poszkodowanej, aby nigdzie nie szła i nawet się nie ruszała. Pobiegłem po apteczkę. Na złość baterie w latarce się wyczerpały. Szukałem w biegu nowych, znalazłem. Wróciłem na miejsce, założyłem rękawiczki i otworzyłem apteczkę. Spojrzała się na mnie, ale nic nie powiedziała. Wyciągając gazik, spytałem: „Czy boli coś Panią?”.
– Tak, głowa.
– A może Pani powiedzieć konkretniej gdzie?
– Czoło…
Wziąłem gazik i zacząłem delikatnie przemywać twarz. Dochodzę do lewego oka. Wycieram i wycieram, a tam krew się sączy. Przyłożyłem nową gazę do łuku brwiowego i przykleiłem. Przebadałem całą głowę, ręce, nogi. Wszystko okey. Po za paroma siniakami. Kobieta nie chciała, bym wzywał karetkę. W końcu wezwałem taksówkę i pojechaliśmy do szpitala. Wszystko skończyło się pomyślnie. Założyli Jej 7 szwów. Jak się później dowiedziałem od sąsiada, ta „pani” miała 14 lat. Nie chciała wzywać karetki, gdyż była pod wpływem alkoholu… Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Jeszcze raz dziękuję instruktorom z HSR. Za trud jaki wkładają w to aby nauczyć kogoś jak udzielać pierwszej pomocy.

Z harcerskim pozdrowieniem CZUWAJ!!

Lolek


Mój pierwszy sprawdzian

Późnego popołudnia 23 czerwca 2003 roku wracałem z tatą z Zakopanego (zawieźliśmy tam mamę i siostrę na wypoczynek). Byłem zmęczony i przysypiałem. Nagle 12 km przed Opocznem w Miedznej Murowanej minął nas Renault Kangoo. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że miał pokruszoną przednią szybę (część zapadła się do środka) i pogiętą maskę. Powiedziałem do taty, że wyglądał jakby „wziął kogoś na maskę”. Pojechał dalej, więc my również. Za zakrętem okazało się, że sprawdził się mój czarny scenariusz…
            Na drodze leżała jakaś osoba. Powiedziałem tacie, aby zabezpieczył miejsce zdarzenia, żeby nic na nas nie wjechało. Następnie pobiegłem z apteczką samochodową do poszkodowanego. To był mój pierwszy, tak poważny, sprawdzian umiejętności ratowniczych. Widok mógł zrobić wrażenie: nieprzytomna kobieta leżała na jezdni, miała poobdzieraną twarz. Wokoło jej głowy była duża kałuża krwi. Kiedy się przyjrzałem okazało się, że miała zdartą skórę z głowy, o powierzchni kilku centymetrów kwadratowych. Ponadto widoczne było pęknięcie czaszki o długości około 2 centymetrów. Na szczęście kobieta mała wyczuwalne tętno i oddychała. Lecz to nie był koniec. Ponad 10 metrów(!) dalej w rowie leżała druga kobieta – również nieprzytomna. Było tętno lecz oddychało jej się bardzo ciężko. Miała przygryziony język i rozprutą łydkę. Obie miały około 55 lat i wracały rowerami
z kościoła. Nie muszę chyba wspominać w jakim stanie były rowery… Nie było więcej poszkodowanych. Ze wsi przybiegli ludzie. Zrobiło się duże zbiegowisko. Było tu ponad 30 osób, a tylko ja umiałem pomóc. Kazałem kilku osobom wezwać dwie karetki i rozpocząłem udzielać pierwszej pomocy poszkodowanym. Opatrzyłem wszystkie rany, przebadałem poszkodowane. Po kilku minutach ku mojemu zdziwieniu, pani z obrażeniami głowy odzyskała przytomność. Nie miała żadnych złamań. Druga pani straciła dużo krwi. Leżała poskręcana w rowie i coraz gorzej jej się oddychało. W miejscu gdzie ją zastałem nie możliwe było zastosowanie pozycji bocznej bezpiecznej. Przebadałem ją a następnie zdając sobie sprawę o ewentualnych konsekwencjach wyciągania jej z rowu, zdecydowałem się na to – najważniejsze, aby uratować życie. Po krótkim przeszkoleniu kilku osób spośród gapiów delikatnie wyciągnęliśmy poszkodowaną na równe podłoże. Tu bez problemów ułożyłem poszkodowaną w pozycję boczną bezpieczną. To był strzał w dziesiątkę. Choć jeszcze nieprzytomna, ale oddychała już całkiem swobodnie. Przez ponad 20 minut sam pomagałem poszkodowanym, choć wokoło było już kilkadziesiąt osób, które przyglądały się biernie. Ponadto musiałem również uspokajać rodziny, które przybiegły do swoich matek i żon.
Po przyjeździe pierwszej karetki pogotowia ratunkowego opisałem całą sytuację, przedstawiłem stan obu poszkodowanych. Lekarz podziękował. Odpocząłem chwilę
i pojechałem z tatą do domu. Na szczęście dalsza podróż była już bez przykrych niespodzianek.
Wiedziałem, że gdyby nie moja pewna reakcja mogłoby się skończyć tragicznie. Niestety poszkodowana z obrażeniami głowy zmarła w szpitalu. Na szczęście druga przeżyła to zdarzenie.
Sprawca wypadku był pijany i jechał do Kielc. Miał prawie 4(!) promile alkoholu…
Do całej akcji byłem doskonale przygotowany. Z Druhenkami i Druhami
z Harcerskiego Klubu Ratownictwa „Opoczno” wiele godzin i w różnych warunkach ćwiczyliśmy, aby jak najlepiej zachować się w takiej sytuacji. Jak później pokazało życie, jeszcze nie jeden nasz ratownik znalazł się tam gdzie trzeba, niosąc pomoc innym. To był nasz wspólny sukces.phm. Andrzej Śliwka HR

Gdyby zapiął pasy…

Wieczorem 16 października 2003 roku około 21.15 wracałem do domu ze zbiórki HKR „Opoczno”, na której przygotowywaliśmy się do V Ogólnopolskich Zawodów ZHP w Ratownictwie. Kiedy z tatą wyjechaliśmy z Opoczna, myślałem, że już tylko minuty dzielą mnie od wypoczynku.
W Bukowcu Opoczyńskim koło przystanku autobusowego, w rowie leżał na dachu samochód. Zatrzymaliśmy się. Wziąłem swoją apteczkę, przypomniałem tacie co ma zrobić i pobiegłem do samochodu. Zdziwiłem się – w środku nikogo nie było. Nie było też kluczyka, radio jeszcze działało. Ruszyłem szukać poszkodowanych. Kilka metrów od samochodu, na krzakach pod murem budynku gospodarczego wisiał chłopak około 20 lat. Nie ruszał się. Kolanami był wryty w ziemię, z prawego boku miał zdarte spodnie. Przypuszczałem, że gałęzie na których leżał mogą być powbijane w jego ciało. Sprawdziłem odcinek szyjny kręgosłupa, tętno i oddech. Wszystko to wydawało się w porządku. Było ciemno i powiedziałem tacie, żeby oświetlił go światłami naszego samochodu. Tymczasem pobiegłem kontynuować poszukiwania. Zobaczyłem biegającą w szoku jakąś dziewczynę. Po krótkich oględzinach poprosiłem jedną panią spośród gapiów, aby się nią zajęła. Na skrzyżowaniu stał samochód z roztrzaskanym przodem. Nie było w nim nikogo. Wokół auta również nie było poszkodowanych. To było dziwne – brakowało uczestników wypadku. Zapytałem się gapiówczy nikogo oprócz tego chłopaka i dziewczyny nie ma. Odpowiedzieli, że nie. Dodałem, iż jeśliby kogoś znaleźli mają mnie poinformować. Następnie wróciłem do chłopaka. Nadal miał tętno i oddech. Delikatnie przebadałem go. Na szczęście nic nie było w niego wbite. Ktoś przyniósł mi latarkę. Poświeciłem na źrenice poszkodowanego. Nie reagowały. Wystąpił ślinotok. Wiedziałem, że w każdej chwili może nastąpić zatrzymanie akcji serca. Za chwilę przyjechało pogotowie. Nakreśliłem stan poszkodowanego. Pomogłem założyć kołnierz unieruchamiający. Włożyliśmy chłopaka na nosze. Wówczas zauważyliśmy, że z kolan ma zdartą skórę i widać kości. Przenieśliśmy go do karetki. Następnie poszedłem do dziewczyny. Jak się okazało była to moja koleżanka z liceum, Ania. Była w szoku powypadkowym. Poza tym nie miała żadnych obrażeń. Powiedziałem, żeby wsiadła do karetki. Przekazałem ją sanitariuszowi. Po krótkim odpoczynku wróciliśmy z tatą do domu. Jeszcze nie wiedziałem jak doszło do tego wypadku.
Okazało się, że wypadek spowodowało dwóch pijanych (uciekli z miejsca zdarzenia), którzy uderzyli w bok samochodu Ani i Patryka. Ania miała zapięte pasy bezpieczeństwa – nic jej się nie stało. Patryk ich nie zapiął. Siła uderzenia wyrzuciła go przez szybę. Prawdopodobnie jego auto (które wylądowało kilkanaście metrów od miejsca zderzenia) przy dachowaniu uderzyło chłopaka, o czym może świadczyć jego położenie. Praktycznie nie miał szans. Zmarł w szpitalu w wieku 21 lat…
Na własnej skórze przekonałem się ile znaczą pasy bezpieczeństwa. Nie pozwólmy, aby więcej osób umierało, zwłaszcza, gdy można temu zapobiec. Mam nadzieję, że ta tragiczna historia czegoś nas nauczy. Wsiadając do samochodu przypomnijcie sobie o Patryku i zapnijcie pasy.
Opoczno, 14 grudnia 2003 r.
Andrzej Śliwka

Zgrany zespół

Kiedy wraz z Marcinem Kujawskim, Waldkiem Ceglarskim, Radkiem Pązikiem oraz Martą Chmal wyruszyliśmy jako służba medyczna podczas pieszej pielgrzymki do Studzianny, nikt z nas nie przypuszczał, że znów będziemy ratować życie ludzkie. Moja już trzecia akcja miała być najbardziej dramatyczną.
Był to pogodny dzień 28 września 2003 roku. W świetnych nastrojach podążaliśmy do tamtejszej bazyliki. Droga minęła bez niespodzianek. Podczas niej nieźle się namęczyliśmy kierując ruchem – byliśmy ponadto służbą porządkową. Na miejscu zostawiając nasze rzeczy w zakrystii, podzieliliśmy się, aby każdy ,,patrolował” inne miejsce pomagając ludziom
w razie potrzeby. Było kilka przypadków omdleń. To była dopiero ,,rozgrzewka” przed tym co miało się zdarzyć.
Wybrałem obstawę procesji. Już prawie wszystko było gotowe, gdy prowadzący mszę św. ksiądz przez mikrofon powiedział, że przy sztandarach ktoś poważnie zasłabł i potrzebny jest: ,,lekarz czy ktoś taki”. Bez zastanowienia pobiegłem do sztandarów.
Leżał tam nieprzytomny mężczyzna około 70 lat. Jak się okazało nie oddychał i jego serce nie pracowało. Pielęgniarce, która już tam była, dałem maseczkę do sztucznego oddychania i po usunięciu sztucznej szczęki rozpoczęliśmy resuscytację krążeniowo-oddechową. Po kilku minutach tętno było słabo wyczuwalne i poszkodowany zaczął oddychać. W tym czasie reszta ekipy przyszła do zakrystii, aby uzupełnić sprzęt. Nagle wbiegł ksiądz po olejki do namaszczenia. Wypytali księdza o sytuację, po czym wszyscy pobiegli we wskazane miejsce. Zastali mnie, gdy wykonywałem masaż serca. Waldek zmienił pielęgniarkę. Reszta odsunęła gapiów i zebrała od rodziny poszkodowanego potrzebne informacje. Po kolejnych ponad
5 minutach słyszeliśmy pogotowie. Po przyjeździe karetki przekazaliśmy poszkodowanego i zdobyte informacje lekarzowi. Teraz naszym zadaniem było, aby oczyścić drogę wokoło bazyliki, aby karetka jak najszybciej dotarła do szpitala. Mogło się to wydawać dość kłopotliwe ze względu na odbywający się odpust w dzień Św. Michała. Nie szczędząc gardeł i przy pomocy gwizdków oczyściliśmy ponad 300 metrów drogi. Karetka swobodnie odjechała. Następnie zebraliśmy się i spokojnie przeanalizowaliśmy sytuację. Byliśmy z siebie bardzo dumni – po raz kolejny nasze umiejętności uratowały człowieka.
To nie był koniec naszych interwencji. Marcin udzielał pomocy dziewczynce która została, na szczęście niegroźnie potrącona przez samochód. Ja z Waldkiem zebraliśmy jeszcze z jezdni osobę w stanie nietrzeźwym.
Ten dzień na pewno pozostanie nam w pamięci. Znów nasz zespół pokazał co oznacza dobre zgranie, umiejętności, wytrwałość, spokój i opanowanie nawet w tak trudnej sytuacji.
Opoczno, 14 grudnia 2003 r.
Andrzej Śliwka

 

Zderzenie na Lazurowej

Późnym popołudniem, mroźnego lutowego dnia 2006 roku, odprowadzałem Gosię na przystanek autobusowy na Lazurowej. Było ślisko i samochody poruszały się dość wolno. Czekaliśmy na spóźniający się autobus, gdy nagle usłyszeliśmy za nami huk gniecionej blachy. Obejrzeliśmy się. Około 100 metrów od przystanku, w kierunku południowym, stał w poprzek drogi samochód osobowy w ciemnym kolorze, natomiast sporych rozmiarów biała terenówka lądowała właśnie, obrócona o 180 stopni, na sąsiadującym z jezdnią zaśnieżonym polu, na szczęście na czterech kołach. Wyglądało to na niegroźną stłuczkę, ale zbliżając się zwróciliśmy uwagę na to, że z osobówki nikt nie wysiada. Rozdzieliliśmy się, sprawdzając oba samochody. W samochodzie terenowym siedziała pogrążona w szoku cała rodzina – ojciec, matka i dziecko, na szczęście nikt nie odniósł obrażeń. Samochód osobowy miał dwoje pasażerów – małżeństwo w średnim wieku. Kierowca był zszokowany ale bez obrażeń, jadąca na siedzeniu pasażera kobieta – to od jej strony nastąpiło uderzenie – była nieprzytomna i krwawiła z głowy. Gosia sprawdziła jej oddech – był – i przekazała mi poszkodowaną, żeby wezwać pomoc. Nie miała rękawiczek, więc nie próbowała dotykać poszkodowanej, która silnie krwawiła. Ja na szczęście miałem przy sobie apteczkę – w samochodzie jej nie było – i założyłem swoje. Przednie drzwi były zdeformowane i zablokowane, skorzystałem więc z tylnych. Dostęp do poszkodowanej był o tyle łatwy, że jej fotel wyłamał się i przemieścił do tyłu. Kobieta odzyskała przytomność przy badaniu, nie reagowała jednak na polecenia i próby kontaktu, nie pozwalała ustabilizować głowy i skarżyła się na ból głowy i prawego ramienia. Była silnie splątana, co utrudniało udzielenie jej pomocy. Poprosiłem o pomoc jej męża i wspólnie uspokoiliśmy ją na tyle, że pozwoliła na ułożenie ręki w pozycji fizjologicznej i prowizoryczną stabilizację głowy oraz opatrunek na ranę głowy. Cały czas musiałem do niej mówić i uspokajać, ból i szok sprawiały, że nie myślała trzeźwo i domagała się umożliwienia jej opuszczenia samochodu. Ponieważ ten był stabilny i zabezpieczony z zewnątrz – zatroszczyła się o to Gosia i kierowca terenówki – a temperatura oscylowała w okolicach zera, przekonałem ją do pozostania w pojeździe i rozmawiałem z nią do chwili przyjazdu pogotowia i straży pożarnej, która przejęła teren. Ratownik Pogotowia założył kołnierz poszkodowanej i przejął ją ode mnie, strażacy zabezpieczyli teren i zastanawiali się nad sposobem wykonania dostępu do poszkodowanej, utrudnionego przez zablokowane drzwi od jej strony. W końcu ktoś zwrócił uwagę na to, że można wsunąć deskę od strony kierowcy przez nietknięte drzwi z lewej strony i położyć na niej poszkodowaną, po czym ewakuować ją z pojazdu pozostawiając go strażakom. Tak też się stało. Z powodu niedostatku personelu pomogłem wydobyć deskę z poszkodowaną z pojazdu i przenieść ją do karetki, po czym wyłączyliśmy się z akcji i oddaliśmy do dyspozycji policji, która zebrała nasze dane jako świadków wypadku. Procedura trwała dość długo i zdążyliśmy porozmawiać zarówno z mężem poszkodowanej, któremu poradziliśmy, by zabezpieczył porozrzucane po wraku samochodu dokumenty i prywatne rzeczy, jak i z pasażerami terenówki, którzy okazali się lekarzami. Podziękowali nam za przejęcie inicjatywy w akcji ratunkowej, oni sami – jak stwierdzili – nie mogli się zdobyć na podjęcie jakichkolwiek działań. Policja zrekonstruowała wypadek – jadący Lazurową na północ samochód osobowy wpadł w poślizg, obrócił się o 90 stopni i wpadł na sąsiedni pas, gdzie uderzyła w niego jadąca w przeciwną stronę terenówka. Kierowca samochodu terenowego próbował hamować, jednak śliska nawierzchnia uniemożliwiła wyminięcie i w wyniku zderzenia wylądował w zaoranym polu w odległości blisko 15 m od szosy.

Marcin Bartosiewicz

Potrącony rowerzysta

23. października 2006 r. wracałem do domu z pracy tramwajem 26. Kiedy mijaliśmy zbieg ulic Towarowej, Alei Solidarności i Okopowej, usłyszałem pisk opon i uderzenie. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem, jak na chodniku ląduje na plecach człowiek, obok niego zatrzymuje się na pasach samochód. Na przystanku wysiadłem z tramwaju i jak najszybciej dotarłem na miejsce zdarzenia. Zastałem tam leżącego na chodniku chłopaka z zakrwawioną twarzą, stojący obok samochód osobowy i gromadzący się tłumek. Przedstawiłem się, wydobyłem apteczkę i rękawiczki i zacząłem wywiad. Równolegle ze mną na miejsce dotarł (z tego samego tramwaju) chłopak, który przedstawił się jako student Akademii Medycznej. Użyczyłem mu zapasowej pary rękawiczek z apteczki. Upewniliśmy się, czy wezwano pomoc (kiedy podchodziłem, pasażerka samochodu właśnie wykonywała telefon). Poszkodowany miał na głowie kask, na nogach zaś buty SPD, rozejrzeliśmy się więc za jego rowerem i zobaczyliśmy go dobre 15 metrów dalej, pod drzewem. Poszkodowany był przytomny i reagował na pytania. Skarżył się na ból głowy i nogi. Pamiętał, jak się nazywał i dokąd jechał, nie potrafił jednak zrekapitulować wydarzeń bezpośrednio poprzedzających zderzenie. W czasie, gdy student stabilizował głowę poszkodowanego, przeprowadziłem badanie wykrywając, oprócz urazu głowy, deformację lewej kostki. W czasie, gdy okrywaliśmy poszkodowanego folią NRC pojawił się radiowóz Policji i zabezpieczył teren, a policjanci poprosili nas o dalszą opiekę nad poszkodowanym, a sami zabrali się za realizację rozmaitych czynności służbowych. Poprosiłem ich o zajęcie się rowerem, podejrzewając, że w tej okolicy długo sam nie poleży. Nasz poszkodowany o dźwięcznym pseudonimie Wano, był wyraźnie splątany- średnio co dwadzieścia sekund odkrywał na nowo, że boli go kostka i próbował nią poruszać, co rzecz jasna powodowało jeszcze większy ból. Po trzech takich kolejnych seriach zdecydowałem się na podjęcie ręcznej stabilizacji nogi, co zapobiegło pogłębianiu urazu. Kolega z AM starał się utrzymać z nim kontakt, co nie było łatwe z racji wspomnianej tendencji poszkodowanego do, jak to potem określiliśmy w rozmowie „resetowania się”. Zaczął padać deszcz. Osłanialiśmy poszkodowanego folią i własnymi ciałami i tak, stabilizując go z obu stron, doczekaliśmy się po blisko kwadransie przyjazdu karetki. Ratownicy podeszli do sprawy profesjonalnie – po wysłuchaniu mojego meldunku przejmowali od nas Wano stopniowo, zaczynając od założenia kołnierza i zluzowania kolegi, który stabilizował głowę, potem prosząc mnie o uniesienie nogi poszkodowanego i zakładając szynę Kramera. Za pomocą podbieraka przenieśli go na deskę i załadowali do karetki. Lekarz mile nas zaskoczył, dziękując za, jak to określił, „profesjonalne zabezpieczenie” poszkodowanego. Policja spisała nasze dane, przy czym pojawił się problem roweru Artura, który nie mieścił się do radiowozu oraz kwestii telefonu do jego dziewczyny, której numer podał nasz poszkodowany jako osoby, którą należy powiadomić. Sytuacja zrobiła się całkiem anegdotyczna, jako że policjanci nie palili się, by zająć się ani jednym, ani drugim, więc chcąc nie chcąc przejąłem sprawę. W ten sposób po wypełnieniu stosiku papierów stałem się posiadaczem niesprawnego roweru wartego na oko ze 4000 zł oraz zestawu kontaktów do jego właściciela i jego najbliższych, a także zestawu bliżej niesprecyzowanych lęków dotyczących zagarnięcia mienia i łamania zasad nieangażowania się w kontakty prywatne z poszkodowanymi. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze – rower po tygodniu odebrali znajomi Wano – jak się okazało, gwiazdy warszawskiego kolarstwa ekstremalnego – a on sam poleżał kilka tygodni w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu i śrubami w potrzaskanej nodze odbierając wizyty dziesiątków znajomych cyklistów. Mam nadzieję, że sprawa nauczyła go przynajmniej nie jeździć przez pasy na czerwonym świetle, choć nie jestem pewien – zarzeka się bowiem, że nadal nie pamięta wypadku 🙂 Nawiasem mówiąc, Wano jest żywym dowodem na konieczność jeżdżenia w kasku!

Marcin Bartosiewicz

Wypadek w pobliżu Wilgi

20. sierpnia, jadąc z rodziną na grzyby, byłam świadkiem wypadku samochodowego, który wydarzył się w pobliżu miejscowości Wilga.

“Rajdowiec” próbował wyprzedzić jednocześnie 5 samochodów na starej drodze z płyt, co więcej, robił to, gdy inny samochód już rozpoczął wyprzedzanie. Samochód na trzeciego. Niestety, zatoczka skończyła się szybciej, niż kierowca myślał. Auto zahaczyło o pobocze, wyprzedzający jechał więc przeciwnym pasem ruchu, a “rajdowiec” zatoczką autobusową kierowca stracił panowanie nad samochodem i przekoziołkował na drugą stronę drogi.

Jak się okazało chwilę później, żaden z uczestników wypadku nie miał zapiętych pasów, co na pewno miało wpływ na ilość i rodzaj ich obrażeń. Na skutek silnego uderzenia, kierowca przebił głową przednią szybę, wypadł z samochodu i przeleciał pomiędzy drzewkami w sadzie. Dwaj pasażerowie nadal byli w samochodzie, byli jednak tylko lekko poturbowani – mieli drobne rany głowy: rozcięcie łuku brwiowego i odłamki szkła w czole.

Najbardziej poszkodowany był oczywiście kierowca: kość nad jego prawym okiem była wgnieciona, a głowa porozcinana przez przednią szybę. Prawdopodobnie miał złamaną lewą rękę, a ponieważ nie był też w stanie poruszać nogami, podejrzewałam uraz kręgosłupa.

W czasie, gdy udzielałam kierowcy pomocy, zawiadomiliśmy pogotowie i policję. Po kilku minutach pogotowie oddzwoniło z zapytaniem czy naprawdę zdarzył się wypadek…

Pasażerowie zostali opatrzeni przez innych świadków wypadku, natomiast przytomnym, ale bardzo spanikowanym kierowcą cały czas ja się zajmowałam próbując opatrzyć jego liczne rany. Nie było to łatwe – poszkodowany był bardzo potłuczony i jęczał przy każdej próbie podjęcia jakiejkolwiek czynności ratowniczej. Mimo silnego oporu i głośno manifestowanego bólu, udało mi się opatrzyć kierowcy rany na głowie, unieruchomić lewą rękę oraz przykryć go.

W tym czasie zabezpieczono miejsce wypadku poprzez rozstawienie trójkąta ostrzegawczego. Po blisko 30 minutach od wezwania karetki pojawił się FALCK, który z kolei od razu wezwał Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Chwilę później zjawiła się policja, której działania ograniczyły się jednak do zebrania zeznań świadków. Policjanci nawet nie zabezpieczyli miejsca wypadku ani nie przygotowali lądowiska dla helikoptera.

Wkrótce potem poszkodowani zostali zabrani do szpitala: pasażerów zabrała karetka pogotowia, kierowca natomiast został na noszach podbierakowych przeniesiony do Mi-2 i zabrany przez LPR. Na miejscu wypadku została tylko torebka pełna zakrwawionych opatrunków, którą zostawiła ekipa karetki…

Pasażerowie, a być może również kierowca, byli pod wpływem alkoholu. Policjanci ocenili prędkość jadącego samochodu na 160 km/h. Według nich, uczestnicy wypadku mieli wielkie szczęście, że ich samochód wpasował się pomiędzy drzewa w sadzie, a nie utknął na jednym z nich…

Asia Stolarska

Koncert Tokyo Hotel w Warszawie

Miało być ciężko. Tłumy nastolatek szalejących na koncercie ich ulubionej gwiazdy nie wróżyły spokojnie spędzonego wieczoru.

Telefon od koordynatorki zabezpieczenia, proszącej o przysłanie „kogo się da” na dwie godziny przed ustalonym terminem, nie był więc ogromnym zaskoczeniem. Znacznym wysiłkiem, wyrywając ludzi z pracy i uczelni, zdołaliśmy wysłać posiłki. Na miejscu tłum dziewcząt (głównie) szturmował bramki ustawione przed wejściem na Torwar. Spiczaste fryzury, krótkie spódniczki, czarne rękawiczki i ostry makijaż sprawiały wrażenie, że trafiliśmy na koncert Metalliki dla nieletnich.

Prawdziwe jatki zaczęły się jednak dopiero po otwarciu bramek – tłum falował i przyciskał miłośniczki TH do barierek; efektem były wrzaski, histeria i omdlenia. Co chwila wzywano nas do kolejnej wyciągniętej z tłumu na pół przytomnej dziewczyny. Podawaliśmy wodę z cukrem, windowaliśmy nad barierkami kolejne ciała i usiłowaliśmy przekonać tłum, że wszyscy zdążą wejść. Przez dobrą godzinę mieliśmy nawet pod opieką fankę TH – zagubioną przez krewnych 10-letnią dziewczynkę, która czekała na swój bilet (mieli go krewni – po drugiej stronie barierek i tłumu). Ochroniarze reagowali jak w obliczu zamieszek – siłą rozpychając tłum nastolatek. Dawno nie mieliśmy do czynienia z taką ilością obustronnej agresji werbalnej – oberwało się i nam, w furii ludzie nie rozróżniali czerwonego mundurka od czarnego. W końcu jednak wszyscy weszli do środka a my podążyliśmy za nimi. Natychmiast na piętrze przydarzył się atak padaczki – musieliśmy przenieść dziewczynę do karetki. Większość z naszej ekipy powędrowała na płytę i pod samą scenę, jeden patrol chodził po piętrze a koncert trwał w najlepsze. Sala szalała – pisk pięciu tysięcy dziewcząt rozsadzał bębenki. Na prośbę zatroskanej mamy patrol z piętra dokonał rzeczy pozornie niemożliwej, znajdując w ogarniętym amokiem tłumie jej pięcioletnią córeczkę. W punkcie pierwszej pomocy na parterze rozwijało się tymczasem pandemonium – załoga R-ki wspomagana przez jeden z naszych zespołów usiłowała zapanować nad rosnącą z każdą chwilą liczbą rozhisteryzowanych, omdlałych dziewcząt, które donosili bez przerwy ochroniarze.
Kiedy liczba poszkodowanych przekroczyła możliwości punktu, wezwano na pomoc wszystkich ratowników HGR z terenu. Przez kolejną godzinę dziewczęta przewijały się jak w kalejdoskopie, pojawiały się i znikały coraz to nowe postacie histerii, wyczerpania, niedożywienia i przegrzania. Większość z fanek po krótkim odpoczynku doznawała nagłego przypływu sił i wybiegała z powrotem na salę, gdzie temperatura sięgała zenitu. I nagle okazało się, że na sali jest cicho a w punkcie zostały nam dwie poszkodowane- jedna wyczerpana do granic, podłączona pod drugą już kroplówkę, i druga w pełnej histerii- wyrwano jej ręcznik, który w tłum rzucił jeden z członków zespołu.

Nasz ZPDP (Zespół Pozyskiwania Darmowej Pizzy) wykonał wzorcową robotę i przytaszczył z dziesięć kartoników z pizzą, którymi solidarnie podzieliliśmy się z załogą R-ki.

Sala wyglądała jak po wybuchu- wszędzie leżały zdeptane ciuchy (ktoś z naszych znalazł czerwone, damskie majteczki).

Koordynatorka doliczyła się ponad stu interwencji. O dziwo, do szpitala pojechały tylko dwie osoby.

Dopilnowaliśmy jeszcze wyjazdu autokaru z TH (istniały obawy, że pędzące za nim na oślep dziewczęta powpadają pod samochody), wreszcie na miękkich nogach rozeszliśmy się do domów.

A myśleliśmy, że koncert Stinga dał nam popalić…;-)

 

Marcin Bartosiewicz

 

Na czerwonym świetle

Sierpień 2007. Akurat składałem papiery do liceum, pół roku wcześniej zdobyłem Brązową Odznakę Ratownika ZHP. Na ruchliwym rondzie w Gdyni stał autobus, ludzie zaczęli wychodzić. Podbiegłem bliżej, zobaczyłem rozbitą szybę autobusu i leżącą parę metrów dalej kobietę, nad nią pięciu mężczyzn z telefonami w rękach. Zapytałem ich, czy coś zrobili, powiedzieli ze dopiero myślą jaki jest numer na pogotowie. Podałem informację i numer, zająłem się poszkodowaną. Kobieta leżała głową w kałuży krwi, z otwartymi oczami. Tak jak to było na kursie – krwawa wydzielona z płynem surowiczym z nosa i uszu, ale to czego się nie spodziewałem – wedle zasad hydrauliki, siła wypadku wcisnęła mózg do górnych dróg oddechowych. Założyłem rękawiczki, sprawdziłem oddech – brak. Wokół zgromadził się tłum z pasażerów autobusu, jakieś 70 osób – tylko jeden chłopak podszedł żeby mi pomóc. Innemu powiedziałem, żeby skierował ruch naokoło ronda, żeby nic mi nie jeździło nad głową.

Kobieta leżała na boku. Stwierdziliśmy z kolegą, że wymagana jest resuscytacja i jest ważniejsza niż zagrożenie pogłębienia urazu kręgosłupa. Zaczęliśmy, uciski wychodziły dobrze. Wdechy były nieskuteczne, mimo iż próbowałem zrobić chociaż minimalne światło w gardle. Po trzech seriach przyjechało pogotowie, lekarz przejął pacjentkę. Oddałem maseczkę i rękawiczki do odpadów medycznych, medycy zaczęli defibrylować, w tym czasie podziękowałem koledze za pomoc. Przyjechała Policja, rozgoniła gapiów, mówiąc: „to nie jest widok dla dzieci” – przez cały czas musiały na to patrzeć. Zorganizowano ruch, żeby sprawnie odkorkować rondo. Po jakichś 15 minutach ratownicy wyjęli czarny worek i zabrali ciało. Nie było z nią żadnej rodziny. Przechodziła na czerwonym świetle.
To była moja pierwsza poważna akcja, pierwszy test umiejętności ratowniczych. Nie udało się, tak też bywa. Tak naprawdę z tym stopniem urazu szanse były nikłe. Ale nie bójmy się podjąć podstawowego kroku – zainteresowania. Zatrzymania się, pomyślenia i działania. O to w tym chodzi.

Jacek Grzebielucha

 

Przy grze w piłkę

Witam serdecznie !

Postaram się ze swojej strony opisać wydarzenia, które miały miejsce na naszym zimowisku. Jesteśmy młodymi aktywnymi ludźmi, dlatego doszliśmy do wniosku, że świetnym rozwiązaniem będzie pogranie w piłkę nożną. Zebraliśmy kilkanaście osób i poszliśmy na salę gimnastyczną. Sama gra do wypadku trwała około 10 – 15 minut. W pewnym momencie, jeden z graczy – Robert – upadł na ziemię (bezpośrednio na twarz). Podszedłem do niego i obróciłem go na plecy. Sprawdziłem czy oddycha – oddychał. To było najważniejsze. Po 10 sekundach koło mnie był Krzysiek, który wcześniej kazał jednemu z graczy przynieść apteczkę i skontaktować się z komendantką. Po chwili apteczkę przyniósł jeden z uczestników. W czasie gdy czekaliśmy na przyniesie sprzętu, Krzysztof zrobił poszkodowanemu badanie i kontrolował jego czynności życiowe. Ja poprosiłem innych graczy o opuszczenie hali sportowej. Poszkodowany cały czas miał 2/3 oddechy/10s. Krzysiek był cały czas przy poszkodowanym, a ja w tym czasie usiłowałem wezwać pogotowie. Zadzwoniłem pod 999, a pani dypozytorka podała mi numer (stacjonarny) z którym miałem się skontaktować. Podałem telefon Monice i poprosiłem, żeby ona rozmawiała z pogotowiem. Potem zadzwoniłem na straż, którą przez radio wezwała pogotowie.

W pewnym momencie poszkodowany przestał oddychać. Zacząłem robić uciśnięcia, a Krzysiek złożył worek samorozprężalny i wentylował poszkodowanego. Co pewien czas przestawaliśmy uciskać jego klatkę piersiową, ponieważ czynności życiowe poszkodowanego wracały. Zatrzymywaliśmy się i kontrolowaliśmy jego oddech, niestety zawsze był to krótkotrwały powrót. Zmienialiśmy się z Krzyśkiem co dwie minuty, koło nas cały czas stała Monika. Po około 10 minutach przyjechał zespół pogotowia “W”, pani doktor była strasznie zestresowana, uciśnięcia przez nią wykonywane były nieprecyzyjne i nieregularne. Sama to zauważyła (ona masowała, ja wentylowałem, Krzysiek pomagał ratownikowi medycznemu przy wkłuciu) i poprosiła o zmianę, ja masowałem ona wentylowała. Ratownik zaczął podawać leki, Krzyś 3mał kroplówkę.

Po chwili podłączono poszkodowanego do defibrylatora. Poszkodowany nie reagował na leki i uciśnięcia. Po kilku-dziesięciu/nastu minutach przyjechał drugi zespół, tym razem już „R”, który zajmował się poszkodowanym(już bez naszej czynnej pomocy – uciski, wentylacja – trzymaliśmy tylko kroplówkę) około 2h. Poszkodowany oczywiście został zaintubowany przez pielęgniarkę z “R”.

Co do naszych uczuć, w tamtym momencie nie istniały. Przed oczami był tylko schemat, który powielaliśmy wielokrotnie na ćwiczeniach. Były obawy przy krótkotrwałych powrotach oddechu. Co do innych uczuć, to oczywiście strach, smutek i ogromny stres. Stres doprowadził do sytuacji w której przez całą następną noc nie spałem.

Mój stan na dziś jest bardzo dobry. Nie czuję się bohaterem, ani nikim wyróżnionym przez los. Cieszę się, że wiedziałem jakie czynności podjąć żeby pomóc członkowi z mojej drużyny. Oczywiście, nawet dzisiaj, przypominam sobie (mimowolnie) tę sytuację co wcale nie ułatwia życia, choć wiem że jest to w pełni naturalny proces mego organizmu. Boję się, że taka sytuacja mogłaby się powtórzyć, dlatego cały czas ćwiczymy i podnosimy swoje kwalifikacje.

Przepraszam za chaotyczny opis, ale wydarzenia są dość świeże, co nie ułatwia mi pisania.

Paweł Murawski
(opis z 2007 roku, nadesłany przez Mariusza Cyrulewskiego)

Nasza Biała Służba

Słyszymy przez głośniki informację – Benedykt XVI zbliża się do placu – w górę unosi się coraz więcej chorągiewek i transparentów – tłum staje się kolorowy i falujący. Ja nie mam jednak czasu podziwiać tego widoku, nie dane mi też będzie zobaczyć Papieża…

Jest czwartek – kilka minut po 22. Dotarłem wreszcie do ośrodka, w którym zgrupowani są ratownicy. Nie ma czasu na dłuższe powitania. Krótkie „cześć” i od razu biorę się do pracy. Co nam jeszcze zostało? Właśnie kończymy nowy podział na patrole, a przecież trzeba jeszcze je rozmieścić na placu. Czeka nas też ostatnia odprawa. Muszę dokładnie poznać zasady łączności, dopracować system dokumentacji, wszystkie ważne informacje zaznaczyć na mapie. Zerkam na Jacka (szefa sztabu) i Gosię – oni są tu już od wczoraj. Ja też nie miałem łatwego dnia, ale po nich widać ponad 24 godziny pełnionej służby. „Spaliście chociaż trochę?”- „nie”. I dalej do pracy – każdy z nas, kto zajmował się czymś, co go „kręci” zna ten stan – zmęczenie, ale można działać dalej – zależy nam przecież na tym, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Na szczęście sekcje ratownicze przydzieliliśmy do sektorów szybko i sprawnie – mogę już je zaznaczyć na mojej mapie formatu A-3.

Tego dnia – 26 maja 2006 roku na pl. Piłsudskiego w Warszawie mam być dyspozytorem medycznym służb ZHP podczas Mszy Świętej celebrowanej przez Ojca Świętego Benedykta XVI. Pamiętam, kiedy kilka dni przed Białą Służbą podczas spotkania sztabu wspólnie zastanawialiśmy się, kto z nas ma pełnić tę funkcję – człowieka, który musi ogarnąć przez radio 35 patroli rozstawionych w kilkunastu sektorach. Tam jest kilkadziesiąt tysięcy ludzi – niemałe wyzwanie, ale też niemała odpowiedzialność. Powiedziałem wtedy do Jacka – „Ja mogę się tym zająć, ale wiesz… (tu dodałem nieco nieśmiało) – nigdy tego nie robiłem”. Usłyszałem w odpowiedzi: „Kuba, nie mówmy o tym, że nie damy rady, bo nigdy czegoś nie robiliśmy. Nie chodzi o to, żeby ciągle zajmowali się tym ci sami ludzie”. Miał rację. To będzie mój wyczyn. W końcu jestem wędrownikiem.

O 2:15 wyruszamy z ośrodka. Kiedy przechodzimy przez pasy na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Emilii Plater, idący na końcu mogą zobaczyć cały nasz kordon w pełniej okazałości. Setki czerwonych kamizelek nieco odbijających światło. W górze chorągiewki i nosze, na plecach apteczki, w rękach większe torby ratownicze. Mam nadzieję, że ktoś to sfotografował. „Czuć moc, co?” – mówi do mnie Ligia, która ze swoją sekcją idzie na samym końcu naszej grupy. Patrzę na ten widok, zastanawiam się przez chwilę… prawie 400 osób przyjechało tutaj, wstało w środku nocy i naprawdę radośnie idzie w stronę placu… Coś jest jednak w tym harcerskim ratownictwie… Odpowiadam Ligii: „Zdecydowanie czuć moc”. Ja też ją poczułem.

Dwie godziny przed mszą masowo napływający pielgrzymi przynieśli ze sobą dwie rzeczy – coraz więcej osób poszkodowanych w sektorach (ale tego akurat się spodziewaliśmy) oraz lejący się z nieba deszcz, który będzie chyba jednym z głównych wspomnień tej Białej Służby. Teraz już działamy we dwoje – ja prowadzę łączność radiową, a Gosia zajmuje się dokumentacją przypadków. Co chwilę słyszę „50-02” (to moje wywołanie) wydobywające się z głośnika radia. Za każdym razem zerknięcie na mapę – gdzie najlepiej wysłać patrol? Część trafia do szpitali polowych, część do punktu wojskowego, jeszcze innych wysyłamy bezpośrednio do karetek. Słyszymy przez głośniki informację – Benedykt XVI zbliża się do placu – w górę unosi się coraz więcej chorągiewek i transparentów – tłum staje się kolorowy i falujący. Ja nie mam jednak czasu podziwiać tego widoku, nie dane mi też będzie zobaczyć Papieża.

W eterze odzywa się „ratunek, ratunek, ratunek” – oznacza to, że patrol ma poszkodowanego, któremu potrzebna jest natychmiastowa pomoc. „Kobieta w wieku około 65 lat, po by-passach z bólem w klatce piersiowej”. Podejrzenie zawału serca – trzeba szybko działać. Patrzę na mapę – w okolicy jest Harcerska Grupa Ratownicza Otwock z zestawem do podawania tlenu i noszami – deską ortopedyczną. „50-02 do 12-01” ewakuujcie poszkodowaną do granicy sektora, tam będzie czekał patrol 04, który ją od Was przejmie”. Cała akcja przebiega sprawnie – po chwili szef patrolu melduje mi: „Poszkodowana przekazana do szpitala wojskowego, jej stan się poprawił”. Przez ponad dwie godziny nie ma nawet kilkunastu sekund wolnego – wyrzucam z siebie słowa niemal automatycznie, z Gosią podejmujemy decyzje porozumiewając się prawie bez słów. Deszcz dudni o dach naszego czerwonego namiotu, a my ciągle dostajemy informacje o poszkodowanych. Przypadki są różne – utraty przytomności, wychłodzenie, bóle zęba, zasłabnięcia, a patrol z Białegostoku zgłasza, że do ich punktu zgłosiła się pani, która kilka tygodni temu złamała rękę, a teraz…. rozmókł jej gips.

Msza dobiega końca i pielgrzymi zaczynają opuszczać plac. W radiu coraz ciszej – pierwsze patrole zaczynają zgłaszać, że sektory są puste. Kiedy stoimy obok Grobu Nieznanego Żołnierza czekając na zawiązanie się kręgu, zza chmur wychodzi po raz pierwszy słońce. „Trochę późno” mówią jedni, „nareszcie” – słyszę z drugiej strony… Nasz krąg liczy na pewno ponad 1000 osób – przemoczonych i przemarzniętych ludzi. Część zawinięta jest w folie termoizolacyjne, ale wszyscy uśmiechnięci, rozmawiają ze sobą, nie słychać narzekania…

Słuchając relacji osób, które uczestniczyły w akcjach ratunkowych zauważyłem, że opowiadają to samo – w trakcie działania świat będący wokół się wyłącza, a ratownik działa według wyuczonych schematów. Refleksje przychodzą dopiero później. Myślę o mojej Białej Służbie i mam wrażenie, ze była to wielka gra planszowa, w której brałem udział. Chyba dobrze, że człowiek udzielający pomocy drugiej osobie nie zdaje sobie do końca sprawy z odpowiedzialności, która na nim ciąży – za to, co najcenniejsze, czyli ludzkie zdrowie, a czasami życie…

Teraz jest 4:11 w nocy z 26 na 27 maja. Coś mnie przygnało do komputera, żeby opisać wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatnich 30 godzin. Jedni nazywają to harcerskim stylem, inni powiadają, że to bycie wędrownikiem, jeszcze inni mówią, że to takie „coś”, co ma się w sobie. A to jest właśnie ta „moc”, o której rozmawialiśmy z Ligią.

Jakub Sieczko
(opis pochodzi z 2006 r.)

W tłumie studentów

Juwenalia Warszawskie… Liczne koncerty podczas których harcerscy ratownicy co roku pełnią służbę medyczną. Pamiętam swoje pierwsze juwenalia Politechniki Warszawskiej na stadionie Syrenki na Polach Mokotowskich – Myslovitz, Dżem, Lady Punk… Aż chciało się iść na pierwszy w życiu duży koncert jako widz i fajnie się bawić. Przechodząc przez „bramkę” zauważyłem namiot ambulatoryjny postawiony niedaleko bezpośredniego wejścia do stadionu w którym, jak się za chwilę okazało, było mnóstwo znajomych instruktorów i ratowników. Szczerze, to trochę zrobiło mi się głupio, że wszyscy znajomi poszli na tzw. „obstawę” rezygnując z zabawy, a ja sobie tak jak gdyby nic idę na koncert.
Grzecznie się przywitałem i poszedłem pod scenę na koncert zespołu Myslovitz. Choć faktycznie koncert był dobry, to ciągle miałem lekkie wyrzuty sumienia, że nie ma mnie razem z ratownikami i nie pomagam im.
Dzisiaj myślę sobie, że chyba trochę wywołałem wilka z lasu. Podczas „pogo” zobaczyłem, że niemal pod samą sceną leży zadeptana dziewczyna a jej chłopak bezradnie próbuje ją stamtąd wyciągnąć, podczas gdy nikt nie zwraca na to uwagi… Coś mnie tchnęło i starałem się do nich podejść, a że do najmniejszych nie należę (w przeciwieństwie to chłopaka tamtej dziewczyny), nie sprawiło mi to wielkiego problemu. Zorientowałem się, że ludzie w tłumie dostrzegli dziewczynę po której deptali… Wokół nas zrobiło się luźniej i wraz z chłopakiem i kilkoma znajomymi tej pary udało nam się wynieść dziewczynę w mniej oblegane miejsce. Miałem akurat ze sobą rękawiczki więc założyłem je, wykonałem pełne badanie, sprawdziłem oddech i zebrałem wywiad. Dziewczyna miała bardzo płytki oddech i chora była na anoreksje. Mnóstwo myśli chodziło po głowie – oddech bardzo słaby – w zasadzie to chyba się podświadomie modliłem, żebym nie musiał wykonywać RKO jak straci oddech. Na szczęście udało mi się uspokoić i po prostu zadzwoniłem do znajomych ratowników z ambulatorium ponieważ oni nie mieliby szans na dostrzeżenie tego zdarzenia w samym środku „pogo”. Określiłem gdzie się znajdujemy i szybko pojawił się patrol z noszami pachtowymi. Poszkodowaną przenieśliśmy do ambulatorium bez większych problemów.
Pamiętam, że kiedy już ją tam zanieśliśmy Szary (Marcin Bartosiewicz) powiedział do mnie, żebym spokojnie wracał na koncert bo tacy ratownicy w tłumie są też potrzebni. Inaczej mogliśmy jej nie znaleźć.
Wróciłem na koncert z oczami szeroko otwartymi, bez wyrzutów sumienia względem ratowników, spełniony i spokojny zostawiając Dorotę (bo tak miała chyba na imię ta dziewczyna) pod dobra opieką Szarego i Mizerii (Tomka Mizerskiego).
Tomasz „Bruno” Barlak

(historia z Juwenaliów Politechniki Warszawskiej z 2008 roku)

Ratowanie w tramwaju

“Niby zwykły dzień, ale… wsiadam do siódemki, by podjechać na Wschodni, bo na Centralnym znowu nie będzie miejsc. Walizka, laptop, torebka, tłok, duchota. Nagle w tramwaju zaczyna się robić dziwnie gwarno, jakieś okrzyki, totalny rozgardiasz. Przeciskam się, coby sprawdzić co się stało. Kobieta, ok. 50-tki. Epilepsja. Oho… i od razu włączają się wszystkie schematy, tak wiele razy przerabiane na pozoracjach. Ogarnięcie poszkodowanej, zdezorientowanego i podekscytowanego tłumu, siostry poszkodowanej, zatrzymanie tramwaju, 999. Nieprzytomna, drożność dróg, sprawdzenie tętna. Uff… oddycha. Karetka przyjechała. Już po wszystkim.
– Dziękuję, mam nadzieję, że się Pani nie spóźni na pociąg,
– Żaden problem.
Nie spóźnię się, a zresztą, co tam pociąg… Dziękuję Harcerskiej Szkole Ratownictwa”.

 

Na wyprawie rowerowej

30 kwietnia 2012r. Tego upalnego dnia, postanowiliśmy wraz z kolegami pojechać rowerami nad wodę troszkę poza nasze piękne miasto Opole. Zebraliśmy starą paczkę przyjaciół, ale każdy z nich opowiedział się, że przyjedzie w późniejszej godzinie. Tak więc w południe podjechałem po kolegę, zabraliśmy chłodne napoje i ruszyliśmy dość ruchliwą drogą w kierunku obwodnicy. Było ok. 30 stopni, a my już marzyliśmy, żeby wejść do zimnej wody… Dojechaliśmy do miejsca w którym niedawno powstały światła i pasy. Od głównej drogi odbijała inna mniej uczęszczana przez “osobówki”, ale bardziej przez pojazdy typu TIR. Jak się później okazało, te światła uczyniły to miejsce tylko bardziej niebezpiecznym (brak świateł zmuszał kierowców do zatrzymywania się i czekania na wyjazd). Staliśmy na pasach czekając na możliwość przejścia. Akurat w tym samym momencie zadzwoniła do mnie mama, pytając gdzie się wybieram, z kim i o której zamierzam wrócić. Niestety nie zdążyłem jej odpowiedzieć na to, gdy wnet ujrzałem jadący zbyt szybko samochód ciężarowy. Przypuszczam, że chciał zdążyć “na żółtym” i przed zakrętem o 90 stopni przyspieszył. Krzyknąłem do kolegi: “Patrz jak leci ten… Do tyłu szybko!”. Odsunęliśmy się z rowerami o 2 metry, a w tym momencie zderzak kabiny TIR-a zaczął szorować o asfalt i już wiedziałem, że będzie źle. Gdy był w szczycie zakrętu opony złapały przyczepność i…. ciężarówka wraz z załadunkiem przewróciła się na bok, przejechała na boku kilka metrów i kabiną wbiła się w przydrożne drzewo! Naczepa minęła nas dosłownie o 3 metry, a na mojego kolegę spadły gałęzie z drzewa po uderzeniu. Wielki huk, dezorientacja i nagły przypływ adrenaliny! Krzyknąłem tylko do mamy: “Zadzwonię później!”

Wszystko zacząłem robić odruchowo.. rzuciłem rower i plecak na ziemię, obiegłem miejsce wypadku i sprawdziłem bezpieczeństwo. Nie mogłem porozumieć się z kolegą, ponieważ drzewo trafiło w kolumnę kierownicy i trwale uruchomiło klakson.. Krzyczałem z całych sił na dwie strony do kolegi: “Dzwoń na pogotowie!” i do pani w samochodzie: “Niech Pani ustawi trójkąt tu (wskazałem na jedną stronę ulicy) i tam (wskazując drugą stronę) ! ! !”. Jednak niestety pani nie poszła na współpracę i nawet nie ruszyła się z auta. Na szczęście zrobił się już spory korek więc nic nam nie groziło. Podbiegłem do plecaka i wyciągnąłem apteczkę osobistą którą zawsze mam przy sobie.. Cały czas (co do mnie nie podobne) rozkazywałem koledze i mówiłem co ma robić.. “Dzwoń na pogotowie! , Chodź tutaj! Pomóż mi! “. Świetnie zaczęło mi się współpracować z dwoma robotnikami, którzy również byli świadkami wypadku. Jeden z nich miał łom, wszedł na górę, wbił okno i wyciągną kluczyki ze stacyjki (bo silnik wciąż pracował) i nagle… CISZA! Uff.. wreszcie słyszę swoje myśli!

Dzwonię na 112 i w między czasie wołam: “Halo! Słyszy mnie ktoś?! Halo! Proszę dać jakiś znak!” Wciąż cisza. Dzwoniłem na 112 próbowałem 4 razy i 999 próbowałem 3 razy, za czwartym razem ze skutkiem (przypuszczam że wszyscy stojący w korku + jeden z robotników zablokowali linię). W między czasie założyłem, a raczej próbowałem założyć rękawiczki. Miałem 2 pary, jedną zużyłem dzień wcześniej na biwaku i zostały mi tylko małe rozmiar 7.5 (noszę 9). Minęły 2 minuty i już byłem gotowy do działań. Dostałem informacje zwrotną, że ekipy ratunkowe już jadą, kątem oka zobaczyłem, że łomem próbują wyłamać drzwi od góry. Ja dalej krzyczałem licząc na odzew i wtem… Zakrwawiona ręka zaczęła machać z wywietrznika na dachu (na wysokości mojej głowy). Niestety zapewnił on mi niewielki dostęp do poszkodowanego ponieważ miał wymiary 30x30cm i przez 3 min był ograniczony dzwignią, którą później wyłamaliśmy, ale dalej byłem ograniczony ponieważ listwa z kogutami uniemożliwiała pełne otwarcie. Ale dość tych szczegółów. Szybki wywiad SAMPLE, badanie na tyle ile mogło być wykonane czyli tylko nogi, bo wystawały, ale były przygniecione. Twarz miał całą zakrwawioną, zaopatrzyłem tyle ile mogłem czyli rozcięty łuk brwiowy i nic więcej nie mogłem zrobić, nie mogłem sięgnąć dalej! Wsparcie psychiczne, do przyjazdu służb…

O dziwo gdy przyjechała “eRka” nikogo zbyt nie obchodził wywiad, a strażaków nie obchodziło lejące się ciurkiem z baku paliwo… Pomagaliśmy ile mogliśmy! Cała akcja ratownicza, od przyjechania pomocy do znalezienia się kierowcy w karetce minęło ok. 50 min. W międzyczasie pomagaliśmy np. przy wycinaniu całego drzewa.

 

~ W każdej chwili możemy potrzebować pomocy, lecz jeśli jej nie potrzebujemy nie bójmy się jej udzielać!

 

Relacja nadesłana przez Mateusza Andresa z Harcerskiej Grupy Ratowniczej “Opole”

 


Na przystanku tramwajowym

To był chłodny dzień 30 listopada. Wracałem akurat ze szpitala bielańskiego, z zaliczenia z BLSu. Siedzę sobie w tramwaju i wyglądam przez okno. W pewnym momencie kątem oka dostrzegam coś, co wygląda jak leżący człowiek. Obracam głowę i faktycznie – na przystanku tramwajowym leży twarzą do ziemi starsza pani. Wokół nie ma jeszcze tłumu gapiów, więc wnioskuję, że przewróciła się dopiero przed chwilą.

Wysiadam i proszę ludzi o odsunięcie się, zakładając jednocześnie rękawiczki. W okolicy głowy poszkodowanej widzę małą kałużę krwi. Wokół mnie głosy „Czy ktoś już wezwał pomoc? No niech ktoś wezwie karetkę!” Pytam mężczyznę obok, czy ma telefon. Nie ma. A może pani? Świetnie, niech Pani zadzwoni pod 999 i powie gdzie jesteśmy i co się stało. Ja w tym czasie sprawdzam przytomność poszkodowanej. Reaguje, zaczyna się powoli podnosić. Pomalutku usiadła. Twarz we krwi, nie bardzo wiem, skąd leci. Jakiś mężczyzna podaje mi chusteczkę higieniczną celem wytarcia twarzy z krwi. Uśmiecham się i dziękuję. Lokalizuję niewielką ranę łuku brwiowego, to stąd cieknie krew. Widzę nadjeżdżającą na sygnałach karetkę. Proszę gapiów, żeby ją zatrzymali. Niestety mija nas i jedzie dalej, zapewne do innego wezwania. Wyjmuję gazę i przykładam kobiecie do rany. Pani twierdzi, że nic jej nie boli. Pan od chusteczki chce pomóc i wytrzeć twarz poszkodowanej. Po raz kolejny dziękuję mu za pomoc, argumentując to nieposiadaniem przez niego rękawiczek. Zaczynam zbierać wywiad. Jest pani uczulona? Nie? To świetnie. A bierze pani jakieś leki? Nasercowe, tak?

Nim zadam kolejne pytanie, parkuje koło mnie karetka pogotowia. Ratownicy medyczni przejmują ode mnie poszkodowaną. Zadają mi tylko jedno pytanie: „Co się stało?”. Odpowiadam, że zauważyłem, jak pani leży i się nie rusza. Zabierają ją do karetki, odbierają ode mnie zakrwawione rękawiczki i materiały opatrunkowe. Okazuje się, że to ta sama karetka, która minęła nas parę minut wcześniej. Za moment nadjeżdża kolejna, wezwana do tej sytuacji. Widząc, że poszkodowana ma już opiekę specjalistyczną, jedzie dalej. Po chwili odjeżdża i ta z poszkodowaną. Stoję jeszcze chwilę czekając na tramwaj. „Przepraszam” – słyszę kobiecy głos za sobą. Odwracam się. „Chciałam tylko powiedzieć, że jest pan wspaniały.”

I to była największa nagroda za to, co zrobiłem.

Piotrek Stegienka
HKR Ochota

 

Zwykły zimowy wieczór

Jeszcze nie tak dawno, bo mniej więcej miesiąc temu siedziałam w ciepłej, bezpiecznej szkole na Wędrowniczym Kursie Pierwszej Pomocy.

Pamiętam, jak rozmawialiśmy sobie z innymi kursantami już po wszystkim, że jednym z dziwniejszych odczuć i przemyśleń po kursie jest to, że odczuwa się potrzebę sprawdzenia swoich nowo nabytych umiejętności. Wiadomo, że nie chce się, aby komuś stała się krzywda, ale chęć prawdziwego ,,testu’’ jest. Nawet rozmawiałam o tym z mamą i jak się okazało nie musiałam czekać długo.

Kilka dni temu wracałam wieczorem do domu. Pełno śniegu, ślisko i mroźno. Nagle zobaczyłam ,że na chodniku przy niewielkiej ulicy w pozycji na czworaka znajdował się mężczyzna (widziałam go od tyłu). Inny mężczyzna wyjmował coś(później okazało się to kocem) z samochodu zatrzymanego na ulicy i jeszcze była tam jakaś kobieta, która stała przy nich. Pierwsza myśl, jaka mi mignęła to, że mężczyzna na czworaka jest pijany (niestety chyba dość typowe w naszych czasach). Ale po chwili zawahania nie zastanawiałam się już i zbliżyłam się do nich. Wtedy zauważyłam prawdziwą przyczynę zamieszania. Mężczyzna klęczący na ziemi (72 lata) miał rozwaloną głowę, było mnóstwo krwi. Po prostu się poślizgnął i upadł. Moja dalsza reakcja opierała się na tym czego nas uczyli na kursie. Zapytałam czy pogotowie już wezwano, nawiązałam kontakt z poszkodowanym panem, zapytałam pana od samochodu o apteczkę.

Rękawiczki, folia NRC, opatrzenie rany głowy, przetarcie krwi z twarzy i rąk poszkodowanego aby poczuł się bardziej komfortowo, stały kontakt i wywiad. Oczywiście w głowie kłębiło mi się tysiące myśli: czy o wszystko zapytałam, czy robię dobrze opatrunek itp. itd. Państwo którzy byli na samym początku, zostali do samego końca, byli bardzo pomocni. Karetka przyjechała szybko, opatrunek został pochwalony ( 🙂 ) Potem tylko posprzątałam, oddałam apteczkę panu od samochodu i wszyscy się rozeszli w swoje strony.

Po wszystkim zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o paru rzeczach, pomyliłam kolejność i zgubiłam zimową rękawiczkę. Na pewno wnioski zostaną z tego wyciągnięte, ale tak naprawdę to wszystko ma małe znaczenie w porównaniu do świadomości, że komuś pomogłam i zwyczajnie uratowałam w jakimś stopniu życie.

A imienia i nazwiska poszkodowanego pana chyba nie zapomnę nigdy…;-)

Kasia

 

Resuscytacja w autobusie

Działo się to na początku grudnia w Warszawie. Wracając “z szychty” jechałem autobusem N71 do domciu. w pewnym momencie w autobusie przewrócił się mężczyzna. Wszyscy myśleli (ja na początku też) że gość jest konkretnie pijany, co jest standardem w nocnych autobusach(tym bardziej że był to piątek).
Po chwili coś mnie tknęło i podszedłem do niego. Gość już siniał na twarzy, nie oddychał. Kazałem kierowcy się zatrzymać. On przytomnie wyprowadził ludzi z autobusu i wezwał karetkę . Ja zacząłem RKO. Byliśmy na ul. Marsa, więc karetka była w ciągu kilkunastu minut. Przejęła go załoga i po chwili gościowi wróciło krążenie, ale wciąż nieprzytomnego zabrali do szpitala.
Nie nauczyli mnie tego ani w szkole na PO, ani na kursie na prawo jazdy. Nauczył mnie tego m.in. Mateusz, Marcin i inni którzy prowadzili mi zajęcia i kursy. Jak widać zajęcia w HKRach, HGRach i ciągłe “molestowanie” manekina dają rezultaty, do czego gorąco was zachęcam! Zachęcam Was także do zakupu PocketMaski. Koszt niewielki bo ok. 20zł, a bardzo ułatwia sprawę 😛


Kuba
Harcerski Klub Ratowniczy “Opoczno”

 

 

Pierwszy egzamin z reakcji

Słoneczne niedzielne popołudnie – 6.10.2013. Wracamy z pierwszego weekendu Wędrowniczego Kursu Pierwszej Pomocy. Jesteśmy dosyć zmęczeni – noce prawie nieprzespane, rano pobudka, kawa, wykład, kawa, symulacje, kawa, potem drugi wykład, symulacja masowego wypadku sprzątanie i jedziemy… Wsiadamy szczęśliwi do samochodu: trzech kursantów, jedna osoba z kadry pomocniczej i jedna instruktorka. Na Warszawskiej Pradze wysadzamy kursanta, kp i jedziemy dalej. Jedziemy całkiem szybko i jesteśmy zbyt skupieni na drodze. Mocno rozbity samochód dostrzegamy dopiero po minięciu go. Jesteśmy ze świeżymi głowami, szybka spowiedź w głowie i przystąpienie do akcji. Szybki postój, światła awaryjne. Wyciągamy apteczki i rękawiczki. Przecież po pierwsze – bezpieczeństwo ratującego. Wszystko zebrane, więc ruszamy. Dobiegamy do zniszczonego samochodu, podchodzimy do widocznych mężczyzn i serce przestaje szybciej bić, a adrenalina opada. Szybkie pytanie “czy wszystko w porządku?” i otrzymujemy odpowiedź, że już tylko czekają na lawetę. Przyglądam się bliżej pojazdowi i pierwsza myśl: “kasacja”. Jedyne, co zdążam zauważyć na twarzy postawnego mężczyzny to podrapane czoło. Nic nie zrobiliśmy ale te najpiękniejsze słowa podziękowania za zainteresowanie otrzymujemy. Powoli oddalamy się ze smakiem niedosytu w ustach, lecz z myślą “na całe szczęście wszyscy są cali”. Nasz pierwszy egzamin z reakcji zaliczony na 6, o instruktorce nie wspominam – przecież jest już instruktorką. Ale kto wie, czy nie był to pierwszy życiowy egzamin. Teraz wiemy, że stać nas na odwagę wyjścia z tłumu i ruszenia z pomocą – “Zatrzymaj się, pomyśl, pomóż czyli działaj”.

Prosto pomagać.

sam. Kinga Głogowska.

 

O tym, że warto umieć udzielać pierwszej pomocy

Godzina 19:20, jedna z wrocławskich Biedronek.

Byłam czwartą, może piątą osobą czekającą przy kasie. Wiadomo – wyciągam portfel, kładę urodzinowego szampana dla mojego brata na ladzie, nagle słyszę: „Pomocy! Wezwijcie kierownika i karetkę!”. Podnoszę głowę i widzę, że mężczyzna zaczyna się kłaść na to miejsce na zakupy (wszyscy wiemy, jak ono wygląda…) i jego ciało zaczyna się wyginać w napadzie drgawek. Idę.

Wyciągam rękawiczki, mówię, że jestem ratownikiem, pomogę. Kładę torbę z fitness‘u obok Pani Kasjerki i stabilizuję głowę tego Pana. W trakcie przybiega kierowniczka – panikuje – wyciąga telefon i pyta jaki jest numer na pogotowie. Ktoś z tłumu krzyczy: ”999”. Myślę: ”słusznie!”. Po skończonym ataku uważam, że pozycja bezpieczna będzie najlepsza ze względu na wydzieliny z jamy ustnej. Zrobiłam błąd, bo spytałam: „Czy ktoś mi może pomóc?”. Zero reakcji. Więc szybko się poprawiam i wskazuję dwóch panów, żeby mi pomogli. Pomagają. Ściągają Pana na podłogę, proszę o koc NRC, udrażniam drogi oddechowe, sprawdzam oddech – uff, jest – spokojnie wydaję polecenia kierowniczce, uspokajam ludzi, mówię, że wszystko jest pod kontrolą. Pan otwiera oczy, mówię mu, że mam na imię Marlena, jestem ratownikiem, przed chwilą miał Pan atak padaczki, pogotowie jest w drodze. Pan coś mamrocze – nie rozumiem, ale mówię mu, że wszystko jest pod kontrolą, żeby leżał spokojnie. Traci przytomność. Sprawdzam oddech. Przybiega młody chłopak, pyta co się stało, mówi, że jest po kursie. Dokończyliśmy nakrycie Pana kocem NRC. Pogotowie przyjeżdża po kilku minutach, Pan zaczął odzyskiwać przytomność. Kierowniczka mówi im, co się stało. Mówią, że to wszystko, więc wstaję, ściągam rękawiczki. Słyszę: ”Bardzo Pani dziękuję, ja miałam kurs, ale nie wiedziałabym co zrobić, dziękuję”. Słowa uznania słyszę od jeszcze kilku osób… A przecież zrobiłam to, co powinnam.

Biorę swoją torbę, Pani kasuje moje zakupy, jakiś chłopak zagaduje o kursy, szkolenia odpowiadam mu, że JESTEM INSTRUKTORKĄ HARCERSKIEJ SZKOŁY RATOWNICTWA. Płacę i wracam do domu w poczuciu spełnienia obowiązku.

Marlena Śwital
Inspektorat Ratowniczy Chorągwi Zachodniopomorskiej ZHP

 

Na przystanku tramwajowym

Poniedziałek 3 lutego 2014; około godziny 07.30. Gdańsk – przystanek tramwajowy „Brama Wyżynna”.

 

Powrót do szkoły po feriach, normalny dzień, stoimy z kolegą na przystanku i nagle po drugiej stronie widzimy dziwnie “bujającą się” kobietę. Spoglądam dokładniej: ktoś tam leży. W tym momencie 1000 myśli na sekundę: “Co zrobić? Jak?”. Wszystkie schematy ze szkoleń, warsztatów, „przebiegają” przez umysł. Szybka decyzja: trzeba pomóc! Hasło do kolegi i bieg na drugą stronę. Przystanek zatłoczony (jak to bywa o tej porze), labirynt między ludźmi. W tym momencie ustalenie „mniej więcej” schematu działania, poszukanie rękawiczek. Podchodzę. Nieprzytomny pan około 50 lat, twarz zakrwawiona i brudna od błota, kurtka rozpięta, jakaś kobieta wykonuje uciski klatki piersiowej, jest cała blada i bardzo zdenerwowana. Uspokajam kobietę, zakładam rękawiczki w tym czasie szybki wywiad co i jak się stało. Pogotowie już wezwane, inna kobieta dzwoni drugi raz. Przejmuję uciski klatki, jednak proszę aby kobieta, która to robiła, została na miejscu. Uciskam dalej i nagle jest para z ust poszkodowanego. Może odzyskał oddech? Udrażniam drogi oddechowe, kontrola, oddechu dalej brak, uciski. Ponowna sytuacja – znowu para z ust poszkodowanego, ponowna kontrola oddechu, dalej brak, skóra robi się sina, dalej uciskam. Kobieta  oznajmia, że przyjechało pogotowie. Przychodzi ratownik. Mówi, abym przestał. Wstaję, zdejmuję rękawiczki, szybkie wyczyszczenie spodni od munduru. Na miejscu są już ratownicy ze sprzętem. Więc odchodzimy na drugą stronę. Spoglądamy: ratownicy dalej uciskają klatkę piersiową… Wsiadamy w tramwaj. Odjeżdżamy.

Paweł S.

HKR Medicus z Gdańska 

 

W sylwestrową noc

To było 3 lata temu, lecz pamiętam to, jakby było wczoraj – byłam wtedy świeżo po swoim kursie HSR. Około godziny czwartej nad ranem do mojego znajomego, z którym spędzałam sylwestra, zadzwonił jego przyjaciel. Powiedział, że leży w jakimś parku bo zleciał z rury, która miała ok. 7 metrów. Wszyscy upierali się, że żartuje i jak to on, chce nas nabrać. Mimo tego, ja wraz z dwoma kolegami wyruszyliśmy prędko w poszukiwaniu chłopaka. Przez całą drogę zastanawiam się, czy to prawda. Jeśli tak, to czemu nie dzwoni na pogotowie tylko do nas? Zdałam sobie sprawę, że będę spokojniejsza, gdy sprawdzę, czy to prawda. Niestety, okazało się, że to nie był żart. Zauważyliśmy go na dole, musieliśmy przedostać się przez opony, gruz i inne przeszkody. Moi koledzy nie wiedzieli, że przy upadku z wysokości podejrzewa się uraz kręgosłupa, dlatego już zaczynali go podnosić z ziemi, ale na szczęście na czas krzyknęłam, żeby tego nie robili. Strach, emocje, 100 pytań “co teraz zrobić?”. Jednak przypominając sobie zajęcia z kursu HSR w Siemianowicach Śląskich powoli starałam się opanować emocje. Podczas wzywania pogotowia dodzwoniłam się do całkiem innego miasta, jeśli dobrze pamiętam był to Białystok, po chwili rozmowy przekierowali numer do WPR z mojej okolicy, opis sytuacji, miejsca był trudny, bo nie wiedziałam gdzie dokładnie jesteśmy. Gdy już wezwałam pomoc – zajęłam się poszkodowanym. Ocena stanu, badanie, wywiad itp. Okazało się, że chłopak leżał już tam około godziny. Nie potrafił wstać i dlatego zadzwonił do nas. W dodatku ma połamane żebra jest strasznie wyziębiony, ale oddycha i jest półprzytomny. Natychmiast zdjęliśmy swoje kurtki i przykryliśmy go. Jeden z kolegów wyszedł na ulicę, aby pokierować pogotowie w to trudno dostępne miejsce. Drugi starał się odsunąć opony i inne przeszkody, które przeszkadzały w swobodnym dojściu do poszkodowanego. Ja oczywiście cały czas rozmawiałam z tym chłopakiem, nie pozwalając mu zasnąć. Już nie mogłam zrobić nic więcej, niż go wspierać i ogrzewać. Po 25 minutach czekania zadzwoniłam znów na pogotowie. Powiedzieli mi, że już jadą, a chłopak był coraz słabszy. Po 15 minutach od ponownego wybrania numeru, przyjechało pogotowie. Ja cały czas trzymałam poszkodowanego za rękę i rozmawiałam z nim. Ratownicy postanowili zadzwonić po straż pożarną, aby strażacy pomogli wydostać poszkodowanego. Gdy ratownik zajął się poszkodowanym, prosił mnie, abym dalej przy nim została, rozmawiała z nim i zadzwoniła do jego rodziców, opisała im sytuację. Po przyjeździe straży położyliśmy poszkodowanego na noszach i wynieśliśmy. Jak się później dowiedziałam, chłopak rzeczywiście miał uraz kręgosłupa i został przewieziony do specjalistycznego szpitala, gdzie przeszedł operację. Mimo, że ta historia brzmi fantastycznie, zdarzyła się naprawdę. Teraz chłopak chodzi normalnie i czuje się dobrze. Ja ze swojej strony cieszę się, że wybrałam się na WKPP i dziękuje swoim instruktorom za to, że przekazali mi tę wiedzę, bo to dzięki nim uratowałam życie temu chłopakowi. Mam nadzieję, że i ja zostanę instruktorem HSR i będę zaszczepiać innym chęć i wiedzę na temat pierwszej pomocy.

Czuwaj!

Drużynowa 22 DH
pwd. Betina Fullbier
Hufiec Siemianowice Śląskie

 

Nagły atak drgawek

Do Wrocławia przyjechała dzisiaj Basia, instruktorka HSR z Warszawy – razem z Tomkiem postanowiliśmy oprowadzić ją po mieście. Właśnie spieszyłam na umówione miejsce, wsiadłam do tramwaju, kupuję bilet w automacie i nagle słyszę, że ktoś upada a jakiś mężczyzna woła o pomoc.

Okazało się, że żona tego Pana miała atak drgawek. Niefortunnie upadła w taki sposób, że uderzała głową o rurkę wyznaczającą przestrzeń dla wózków i o siedzenie. Prawdopodobnie przygryzła sobie język, bo z ust sączyła jej się krew i ślina.

Ludzie wokół mnie zignorowali całą sytuację, z tłumu wyszedł tylko jeszcze jeden człowiek, który wyraził gotowość do udzielania pomocy.

Powiedziałam, żeby przytrzymał głowę tej kobiety, upewniłam się, że wie jak się do tego zabrać i poszłam zatrzymać tramwaj. Następnie wezwałam pogotowie.

Wydawało mi się, że ten atak trwa i trwa, razem z tym panem stabilizowaliśmy głowę i staraliśmy się zabezpieczyć resztę ciała przed uderzeniami w barierki. Reszta pasażerów też się uaktywniła – dając rady w stylu: „niech pani da jej do ręki coś zimnego to jej przejdzie” (?!). Pogotowie miało problem ze znalezieniem przystanku, na którym się zatrzymaliśmy (we Wrocławiu niektóre przystanki autobusowe i tramwajowe mają takie same nazwy), więc dyspozytorka oddzwoniła do mnie, żebym dodatkowo opisała miejsce w którym byliśmy.

Kiedy atak ustąpił sprawdziłam przytomność i oddech u poszkodowanej, po dłuższej chwili można było się z nią porozumieć. Zebrałam SAMPLE od niej i jej męża, przystąpiłam do badania, ale zdążyłam sprawdzić tylko głowę przed przyjazdem pogotowia.

Cała sytuacja była dla mnie dość stresująca bo zupełnie się jej nie spodziewałam, na szczęście stres działa na mnie mobilizująco :-). Do tej pory, choć minęło już kilka godzin od zdarzenia analizuję swoje postępowanie, starając się wyciągnąć wnioski na przyszłość – pierwszy z nich: ktoś może potrzebować Twojej pomocy w każdym miejscu i czasie – zatem bądź gotów i wyjdź z tłumu!

Alicja Rogala, instruktorka HSR

 

W sklepie przy kasie

W dniu dzisiejszym (17 sierpnia 2014) pojechałam do centrum handlowego na zakupy. Stałam już przy kasie i czekałam cierpliwie na swoją kolej, gdy nagle przy kasie nieco dalej na ziemię osuwa się mężczyzna ok. 30 lat. W mojej głowie od razu pojawiło się nagle całe postępowanie z WKPP, od razu założyłam rękawiczki i biegnę do tej kasy, gdzie osunął się ten mężczyzna. Widzę, że ma napad drgawek więc od razu zaczęłam stabilizować głowę, czekając aż napad ustąpi. Poprosiłam kasjerkę, żeby zadzwoniła po pogotowie (muszę przyznać, że była spokojna i chętna do pomocy ). Napad ustał więc sprawdziłam przytomność i mężczyzna nie reagował. Sprawdzam oddech liczę 10 sekund i… NIE WIDZĘ, NIE SŁYSZĘ, NIE CZUJĘ (w mojej głowie czerwone światło!) – on nie oddycha! W głowie myśl: “Ej dziewczyno, musisz uciskać!”. Lecz czuję jakąś blokadę… Jak? Przecież to prawdziwy człowiek i mam go cisnąć? Zawsze ćwiczyłam na fantomie! Oczywiście wszystko w szybkim tempie się działo. Zaczęłam uciskać 30:2. Zrobiłam dwie serie i nagle czuję obronę mięśniową i widzę grymas na twarzy tego mężczyzny. Od razu ponowie sprawdziłam przytomność i nic. Następnie oddech – 10 sekund – dwa pełne oddechy. W tym czasie przyjechało pogotowie i przejęło poszkodowanego, klepiąc mnie po placach za dobrze wykonaną robotę.

Myślę, że po dzisiejszej sytuacji mogę powiedzieć z ręką na sercu, że udzielanie pierwszej pomocy jest proste tylko trzeba zrobić ten pierwszy krok i podejść do poszkodowanego. To jest jedna z najcięższych sytuacji w całym postępowaniu, pokonując tę barierę jesteśmy w stanie zrobić wiele a przede wszystkim URATOWAĆ komuś życie. 🙂

Dagmara Koziarska